Danielle L. Jensen — Porwana Pieśniarka

środa, 24 czerwca 2020


-Dlaczego? – Uderzyłam pięściami w stół. – Dlaczego nie możesz mi uwierzyć?   Dlaczego mi nie ufasz?
-Ponieważ jesteś człowiekiem, Cécile. Możesz okłamać nawet samą siebie.

Porwana Pieśniarka to pierwsza część Trylogii Klątwy autorstwa Danielle L Jensen. Przyznam, że książka leżała u mnie na półce od dobrych kilku miesięcy. Chciałam się za nią zabrać już dawno, jednak za każdym razem odkładałam ją na bok i brałam się za inne tytuły. W końcu jednak przyszedł na nią czas. Jak wrażenia? 

Czasami trzeba zrobić coś niewyobrażalnego. Od pięciu stuleci trolle nie mogą opuszczać miasta pod ruinami Samotnej Góry. Więzi je klątwa czarownicy. Przez wieki wspomnienia o ich mrocznej i złowrogiej magii zatarły się w ludzkiej pamięci.
Niespodziewanie pojawia się przepowiednia o związku, który złamie potężne zaklęcie. W Cécile de Troyes rozpoznano kobietę z przepowiedni. Zostaje więc porwana i uwięziona pod górą. Od pierwszej chwili w podziemnym mieście dziewczyna myśli tylko o jednym – o ucieczce. Trolle, które ją uprowadziły, są jednak inteligentne, szybkie i nieludzko silne. Porwana musi czekać na właściwy moment i stosowną okazję.
Z biegiem czasu dzieje się coś niezwykłego – w sercu Cécile kiełkuje uczucie do tajemniczego księcia, z którym została związana ślubem. Dziewczyna poznaje kolejne osoby, nawiązuje przyjaźnie i powoli uzmysławia sobie, że może być jedyną nadzieją dla mieszańców zniewolonych przez trolle czystej krwi. W mieście wybucha bunt. A Tristan, jej książę i przyszły król, jest jego tajnym przywódcą.
W miarę zanurzania się w świat skomplikowanych intryg politycznych podziemnego świata Cécile przestaje być córką prostego rolnika, staje się księżniczką, nadzieją całego ludu i czarownicą obdarzoną mocą dość potężną, by na zawsze zmienić Trollus, podziemne miasto. 
[opis wydawnictwa]
 
Muszę przyznać, że książka bardzo mnie wciągnęła od samego początku. Cała akcja toczy się w średniowieczu w wykreowanym przez autorkę świecie. I muszę przyznać, że Danielle świetnie sobie z tym poradziła. Świat, który stworzyła jest interesujący, inny niż zazwyczaj spotykamy w fantastyce i tego mi właśnie ostatnio brakowało. Chociaż bardzo lubię ten gatunek, to powielane schematy w tych powieściach zaczynały mnie już męczyć. Autorka zdecydowała się na trolle i moim zdanie świetnie poprowadziła ich historię. Podoba mi się, że z każdym rozdziałem dowiadujemy się o nich czegoś nowego. 
 
Sam zamysł wplątania w fabułę trolli jest dla mnie czymś intrygującym. W fantastyce, po którą zazwyczaj sięgam nigdy owe stwory się nie pojawiały. Z początku nie pasowało mi to, że niektóre trolle były...piękne. Zawsze było przyjęte, że trolle to odrażające kreatury i gdy Cécile pierwszy raz spotyka Tristana i uważa go za najprzystojniejszego chłopaka jakiego widziała... Ah...Nie pasowało mi to. Jednak z biegiem czasu autorka jedną rozmową głównych bohaterów sprawiła, że przestało mi to przeszkadzać. 
 
 Nie mogę tutaj nie wspomnieć o niespodziewanych zwrotach akcji, które zdarzają się dość często. Co tylko urozmaica fabułę i sprawia, że staje się mniej przewidywalna. Jedyne co jest oklepane w owej serii, to motyw miłości między Cécile i księciem trolli Tristanem, autorka urozmaiciła go trochę łącząc bohaterów rytuałem, dzięki, któremu oboje odczuwają swoje emocje. Nie brakuje tu też magii, która jest bardzo ciekawie opisana w książce. Bardzo się cieszę, że nie jest to tak jak w przypadku Wiedźmy morskiej i ta magia jest tutaj bardzo widoczna. Od magii trolli, przez niewinnie zaklęcia uzdrawiające, po potężne zaklęcia rzucane za pomocą magii krwi. 
 
Styl autorki jest bardzo przyjemni i lekki. Jedynym problemem były imiona niektórych bohaterów, szczególnie te prawdziwe. Jednak nie przeszkadza to tak bardzo. Podobało mi się, że mieliśmy szansę poznać historię z dwóch perspektyw - Cécile i Tristana. Była jedna rzecz, która bardzo mnie bolała - były to błędy w wydaniu. Zdarzało się, że osoba, która tłumaczyła książkę, zmieniała płeć bohaterom. 
 
Co do postaci, to muszę przyznać, że bardzo polubiłam główną bohaterkę. Cieszę się, że Cécile nie okazała się kolejną płytką i lekkomyślną postacią, jak to często bywa. Chociaż wychowywana była od samego początku na miejską dziewczynę, to jednak życie na wsi nauczyło ją radzenia sobie w trudnych sytuacjach. Chociaż popełniała czasami błędy, to potrafiła wyciągnąć wnioski i przekształcić sytuacje na swoją korzyść. 
Jeśli chodzi o Tristana... Miałam co do niego mieszane uczucia. Z początku dał się poznać z nieciekawej strony, jednak z czasem pokazał, że to tylko pozory. Z czasem zaczęłam się do niego przekonywać. 
Bohaterami pobocznymi, których bardzo polubiłam to bliźniacy Victor i Vincent. Dwójka, która ciągle ze sobą rywalizowała. Z nimi zdecydowanie nie można było się nudzić. Rywalizowali o tytuł, jednak było widać było między nimi więź, która wydawała się dla nich ważniejsza niż przydomek barona. 
Muszę tu również wspomnieć o Marcu, który był od początku przyjaźnie nastawiony do Cécile. Mogła na nim polegać w trudnych chwilach. Do tego jego historia...

Podsumowując. Jeżeli szukasz czegoś nowego, czegoś co wychodzi trochę poza schematy, intrygującej historii, ciekawych bohaterów, czy magii - to jak najbardziej polecam. Tylko trzeba przymknąć oko na błędy w wydaniu... Ja z przyjemnością na pewno zabiorę się za kolejny tom owej serii. 
0

Alicja Wlazło — Iskra

środa, 17 czerwca 2020


Iskra
to druga część serii Zaprzysiężeni (Recenzja Mroku
Książkę zamówiłam od razu po premierze, jednak trochę późno się za nią zabrałam. Przez długi czas nie miałam ochoty na czytanie i wyglądało to tak, że czytałam ją trochę na siłę. Codziennie starałam się po jednej stronie, ale w końcu po prostu ją odłożyłam. Po krótkiej przerwie chęć do czytania wróciła i szybko skończyłam ją czytać. Czy była tak dobra jak pierwsza część?

Nadszedł mrok, ale gdzieś w nim tli się jeszcze iskierka nadziei!


Laureen z całych sił próbuje sprostać pokładanym w niej oczekiwaniom, ale strach i tęsknota za utraconą rodziną sprawiają, że trudno jej pogodzić się z obojętnością Sigarra i wymaganiami Ladysława. Intrygi pośród Zaprzysiężonych zataczają coraz szersze kręgi i nie wiadomo kto jest przyjacielem a kto wrogiem.


Ziemia spłynie krwią i łzami... Czyimi?!
[opis wydawnictwa]

 Życie Laureen, a raczej Kalisty zmieniło się 180 stopni. Razem z nią możemy poznać tajemniczy świat Zaprzysiężonych. Jednak cele wciąż zostały te same - ocalić rodzinę. Życie kobiety jest pełne tajemnic i niewyjaśnionych zjawisk. Nie wiadomo komu można zaufać a na kogo trzeba uważać. Czy pogodzi plany ratowania rodziny wraz z nowym życiem i obowiązkami Zaprzysiężonej? Jak potoczy się historia Kalisty? 

Przyznam, że ta część bardziej mi się spodobała, dlatego, że mieliśmy tutaj okazję lepiej poznać świat Zaprzysiężonych. Nowe rasy, światy, więcej magii, alchemii. Czyli coś na co czekałam. Autorka świetnie poradziła sobie z przedstawieniem nam wykreowanego przez siebie świata. Podoba mi się, że nie ma sporego przeskoku w czasie między częściami i zaczynamy tam gdzie skończyliśmy w MrokuDo tego dochodzą świetne opisy walk, nieoczekiwane zwroty akcji. Także podobnie jak w pierwszej części mamy możliwość poznawania historii z różnych perspektyw, nie tylko głównych bohaterów, co jest dla mnie wielkim plusem. A zakończenie? Przyznam, że to był dla mnie spore zaskoczenie, tego się nie spodziewałam. I jest to jak najbardziej na plus, właśnie takich zwrotów akcji potrzebowałam! Jednak sprawiła, że mam pewien niedosyt...Z niecierpliwością pozostaje czekać na kolejną część i rozwój historii! 

Co do bohaterów...Mimo, że lepiej poznajemy historię Tessy - nadal jakoś nie pałam do niej sympatią. Jakoś nie potrafię się do niej przekonać. 
Jeśli chodzi o główną bohaterkę podoba mi się jej determinacja w dążeniu do swojego celu, jej wytrzymałość. Lubię gdy postacie są dobrze dopracowane, barwne i Kalista zdecydowanie się do nich zalicza. 
Sigarr. Człowiek zagadka. Z jednej strony zależy mu na Laureen i chciałby być blisko niej, a z drugiej strony ją odpycha. Ale mimo wszystko bardzo go lubię. W recenzji pierwszej części praktycznie nie wspomniałam o nich jak o parze, ponieważ nie ma tu typowego motywu miłości, ich relacja jest bardzo...skomplikowana. Ale jest to jak dla mnie bardzo na plus, lubię gdy autorzy wychodzą poza schematy.  
Moją sympatię zdobył również Silimir. Mag jest bardzo tajemniczy, ale wydaje się godzien zaufania. Jednak bywa momentami dla mnie irytujący. (Team Sigarr!)
Co do Ladysława...Moja niechęć nadal pozostała i raczej to się nie zmieni. 

Podsumowując! Druga część równie dobra co pierwsza, a nawet lepsza! Jeżeli ktoś miał wątpliwości po Mroku, to Iskra zdecydowanie je rozwieje! Magia, alchemia, walki, nietypowy wątek miłosny, niespodziewane zwroty akcji... Czego chcieć więcej? Z niecierpliwością czekam na dalsze losy Kalisty! 
0

13 powodów (sezon finałowy)

środa, 10 czerwca 2020



Serial, o którym raczej każdy słyszał, wliczając w to dorosłych. 13 powodów to niby serial młodzieżowy, jednak porusza tak ważne tematy, że powinni go obejrzeć również rodzice. Takie miałam zdanie przy pierwszym sezonie. Jednak co z pozostałymi? Zacznę od tego, że produkcja pojawiła się na Netflixie w 2017 roku. Raczej nikt wtedy nie spodziewał się, że powstanie więcej niż ta jedna część. Dobra, sezon drugi mógł się jeszcze jakoś bronić, ale trzeci i czwarty? Czy miały one w ogóle sens?

Pierwsza idea serialu nie była najgorsza. Nastolatka popełnia samobójstwo i pozostawia po sobie 13 nagrań, których adresatami są konkretne osoby, będące powodami jej śmierci. Każda z postaci po kolei przesłuchuje owe kasety, ale akcja rozpoczyna się, gdy trafiają one do Claya, chłopaka zakochanego w owej dziewczynie. Dzięki niemu, jego wspomnieniom i oczywiście samym kasetom poznajemy bohaterów, a przede wszystkim martwą nastolatkę, Hannah. Właśnie tak wygląda fabuła całego pierwszego sezonu. Co dalej? Czy historia Hannah ciągnie się przez kolejne części? Drugi sezon skupia się na rozprawie sądowej, prowadzonej przez rodziców dziewczyny ze szkołą, która nie pomogła zapobiec owemu nieszczęściu. Znowu na ekranie pojawiają się bohaterowie z poprzedniej części, jednak tym razem mają możliwość sami opowiedzieć o swojej relacji z Hannah. Nie chcę mówić o fabule w kolejnych sezonach, ale nie mają one już bezpośredniego związku z Hannah. Jednak czy to źle?

Sama jestem zdania, że jeżeli nie będziemy się skupiać na pierwszej idei, serial wcale nie jest taki zły. W każdym sezonie porusza ciekawe, ale jednocześnie trudne tematy, z którymi warto się zapoznać, a nie je unikać. Pokazuje że nastolatkowie są bardziej skomplikowani niż niektórym się wydaje, a do tego że nie każdy jest taki sam i różnie reaguje na określone sytuacje w swoim życiu. Niektóre rzeczy bywają przekoloryzowane, ale to lepiej niż gdyby były całkowicie omijane. Wiele razy próbowałam przekonać swoich rodziców, aby obejrzeli chociażby pierwszy sezon, jednak ta młodzieżowa otoczka, która jest widoczna, za bardzo ich zniechęca. A szkoda, bo problematyka jest bardzo ważna i potrzebna. W poście chciałam skupić się na ostatnim sezonie, gdyż jego transmisja odbyła się niecały tydzień temu. Obejrzałam go od razu, mój seans trwał do trzeciej w nocy. Ale czy warto?

W finałowym sezonie tylko w jednym odcinku wspominają postać Hannah. Oczywiście, wszystko co się dzieje jest skutkiem poprzednich wydarzeń, jednak od nich odbiega. Czwarty sezon skupia się na uzależnieniach oraz chorobach psychiczny, czego dowiadujemy się już na początku. Lektor oznajmia nam, że jeśli zmagamy się z którymś z owych problemów serial nie jest przeznaczony dla nas i sam zachęca nas do szukania pomocy. Całkowicie popieram, nie należy lekceważyć swoich problemów!

Na kim tym razem skupia się serial? Można uznać, że nie ma jednego głównego bohatera, ale jest nim po części właśnie Clay. Chłopak po tym wszystkim co przeżył, zaczyna powoli tracić panowanie nad sobą i swoim życie. Widzi coś, co nie powinno mieć miejsca, osoby, których już dawno nie ma w jego życiu. Wizje dotykają również niektórych jego znajomych. Przyznam, że w niektórych momentach czułam się, jakbym oglądała słaby horror. Z dramatu psychologicznego twórcy zrobili coś naprawdę...dziwnego? Oczywiście, raczej większość 'tajemnic' była dość przewidywalna. Poza ukazaniem wewnętrznych rozterek bohaterów wpleciony również wiele innych wątków. Protesty przeciwko rasizmowi, strzelanina w szkole, czy chociażby zwykła wycieczka szkolna. Niektóre to naprawdę ważne tematy, jednak nie czy trzeba było poświęcać im cały odcinek? Mimo że nic nie wprowadzały do fabuły? Raczej nie.

Bohaterowie. Zawsze lubię o nich mówić, więc nie może zabraknąć takiego akapitu. Ubolewam nad tym, że w poprzednich sezonach twórcy starali się ukazać każdego po trochu, abyśmy poznawali ich charaktery, historie. W czwartym sezonie postanowili skupić się na kilku z nich. Dwójka bohaterów z pierwszego, najważniejszego sezonu miała tylko dwa zdania w odcinku finałowym. Tak samo postać Zacha, który był jednym z moich ulubionych. Tak bardzo niedoceniony i pominięty, bardzo nad tym ubolewam. No i wątki homoseksualne...nie będę oszukiwała, jedne z moich ulubionych i uważam że nigdy nie jest ich za dużo. Prawie nigdy. W finale zdecydowanie przesadzili, co druga osoba okazywała się gejem. Na końcówce zaczęli wręcz robić z tego główny wątek. Ale...czy to nie miał być serial o samobójstwie dziewczyny?

Chciałabym zwrócić uwagę na same ujęcia oraz barwy. Ujęcia o wiele lepsze niż w poprzednich sezonach, niby wydają się zwyczajne, jednak niektóre sceny są naprawdę dobrze pokazane. Szczególnie zbliżenia na twarze postaci. Barwy, które dodają klimat. Nie ukrywał, bardzo mi się to podobało w trzecim sezonie, przez co chyba stał się moim ulubionym. Nie do końca ze względu na fabułę (chociaż z pewnych względów była ciekawa, jednak nie chcę spojlerować), ale ze względu na ponure barwy, które dodawały taki...trochę depresyjny, ale jednocześnie prawdziwy nastrój. Czwarty sezon był całkowitym przeciwieństwem, jednak czy to źle? Ni...nie. Jaskrawe barwy wyglądały dobrze, czasem sielankowo. Mimo to czasem oddawały naprawdę w sposób rewelacyjny całą scenę.

W podsumowaniu tylko trochę wspomnę o zakończeniu. Jak niektóre odcinki się ciągnęły, a zbędne sceny powinny zostać usunięte, to wszystko znika przy zakończeniu. Wydawało się za długie, jednak właśnie wprowadzenie do niego sprawiło że pod koniec się popłakałam. W połowie miałam już takie myśli Dobra jednak się nie popłacze. Na końcówce całkiem o tym zapomniałam i uroniłam kilka łez. Do dzisiaj się cieszę że oglądałam to z kuzynką, bo przy ludziach nie potrafię zazwyczaj płakać, wiem, że gdybym była sama to skończyłoby się to gorzej. Zakończenie, niespodziewane, jednak nie zawiodło. Dzięki niemu ostatni sezon się obronił i uważam, że mimo wszystko warto go obejrzeć. Nie jest niczym wyjątkowym, oglądałam w swoim życiu lepsze i gorsze produkcje. Ważne jest to, że może skłonić do refleksji i dostrzeżenia tego, czego na co dzień nie widzimy.
0

Copyright © Szablon wykonany przez My pastel life